Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 111 714 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Partie dla wyborców czy wyborcy dla partii?

poniedziałek, 12 maja 2008 10:10
Skocz do komentarzy

Okoliczności ratyfikacji traktatu lizbońskiego ukazały dobitnie słabość ludzi sprawujących władzę w Polsce. Najważniejsze partie polityczne chciały jak ognia uniknąć szerokiej debaty publicznej o eurokonstytucji, więc solidarnie połączyły swe siły, by do niej nie dopuścić. Wynikało to przede wszystkim ze słabości tak zwanych elit politycznych. Znaczną część kierownictwa państwa charakteryzuje brak jasnego zdefiniowania celów polskiej polityki oraz polskiego interesu narodowego, czego skutkiem jest brak pomysłu, jak prowadzić politykę wobec ewoluującej w coraz bardziej niebezpiecznym kierunku Unii Europejskiej. Polscy politycy, w znakomitej większości, nie wiedzą, jaki jest optymalny dla Polski kształt UE, więc zamiast aktywnego i twórczego udziału w procesie jednoczenia się kontynentu na zasadach korzystnych dla Polski i Europy, ograniczają się do powtarzania sloganów i uprawiania eurokratycznej nowomowy.

W dominującym nurcie obecnej polskiej polityki dostrzega się kompleks "Europy" i mentalność wasalną wobec Brukseli. Pomysłem na przyszłość ma być rozpłynięcie się w mgławicowym "imperium Europa". Czy to nie dziwne, że większość polskich polityków i prounijna propaganda jak mantrę powtarzają, że traktat lizboński jest "korzystny dla Polski"? Czy normalne jest to, iż wielu posłów i senatorów suto opłacanych przez podatników nawet nie czytało traktatu lizbońskiego, a twierdziło, że "na pewno jest dobry" i w "ciemno" głosowało za jego przyjęciem? Czy nie zastanawia, że największa partia opozycyjna - która tak bardzo podkreśla, iż broni polskiego interesu, w sytuacji gdy Polska ma być przyłączona do innego państwa i ewidentnie będzie miała osłabioną pozycję w Europie i ograniczoną suwerenność - jest "przeciw, a nawet za" traktatem? Dlaczego prezydent, który został wybrany w większości głosami ludzi wierzących, deklaruje, że ratyfikuje traktat, czyli tym samym przyczyni się do przekształcenia Unii Europejskiej w odrębne państwo zbudowane na fobiach antychrześcijańskich i "dyktaturze relatywizmu"? I dzieje się to wszystko w sytuacji, gdy istnieją uzasadnione podstawy, że traktat lizboński jest sprzeczny nawet z Konstytucją uchwaloną przez środowiska postkomunistyczne i liberalne, a najwyższe władze Rzeczypospolitej (poza patriotyczną garstką senatorów i posłów) nie są zainteresowane, by te wątpliwości wyjaśnić.
Postawione pytania skłaniają do refleksji dotyczących przyczyn słabości elit politycznych w Polsce, metody ich kreowania i sposobu rządzenia krajem. Przyczyn tego stanu rzeczy jest wiele. Jedną z nich jest jednak to, że w obecnym systemie niebywałą władzę uzyskują tak zwane aparaty partyjne, które decydują o obsadzie miejsc na listach wyborczych, a po zdobyciu władzy mają zasadniczy wpływ na obsadę funkcji państwowych i "podział łupów" w obszarze gospodarki. Aparaty te - zarówno w partiach prawicowych, jak i lewicowych - mają to do siebie, że promują ludzi "wygodnych", a "wycinają" osoby z szerokimi horyzontami. Jeśli więc nie zostanie dokonana w Polsce gruntowna reforma polityczna, nie będziemy w stanie wykorzystać szans na rozwój oraz budowanie państwa na miarę naszych możliwości. I będziemy przez pokolenia płacić koszty złego rządzenia państwem. Problemem nr 1 Polski jest to, iż klasa polityczna stanowi dziś dość zamkniętą korporację zawodową, która nie jest zainteresowana zmianą, ucieka od realnych problemów i nie ma pomysłu na przyszłość.

Pułapka makiawelizmu
W Polsce mieliśmy po 1989 r. kilka fal dużego entuzjazmu i nadziei na realizację zbiorowych marzeń. Sam rok 1989 w wielu osobach wzbudził wiele nadziei, choć już wówczas pojawiał się nurt krytyczny wobec tak zwanego kompromisu Okrągłego Stołu. Potem, w 1993 r., po rozwiązaniu przez Lecha Wałęsę parlamentu nastąpiło rozczarowanie i recydywa środowisk postkomunistycznych. W połowie lat 90. ponownie został wzbudzony entuzjazm związany z AWS, po czym znów klęska i powrót środowiska postkomunistów. Po zwycięstwie PiS w 2005 r. i akceptacji projektu IV RP wielu Polaków miało po raz kolejny duże nadzieje. Bilans rządów PiS jest niejednoznaczny. Może nie jest to takie rozczarowanie, jak w przypadku AWS, ale niewątpliwie środowiska chrześcijańskie, solidarnościowe, patriotyczne, niepodległościowe, konserwatywne, narodowe czują co najmniej niedosyt. Fundamentalne sprawy ochrony życia ludzkiego i eurokonstytucji to wielkie znaki zapytania co do rzeczywistych intencji, które ewidentnie rozmijają się z deklaracjami wyborczymi.
Słabość elit politycznych wobec wyzwań współczesności wynika w znacznej mierze ze swoistego rozumienia uprawiania polityki. Niektórzy uważają za aksjomat spłyconą wersję filozofii Karla Poppera, twórcy koncepcji "społeczeństwa otwartego". W jej świetle ten, kto posiada mocne przekonania moralne, nie jest dobrym demokratą, bo może ulec pokusie, by narzucić te wartości innym. I dlatego dobry demokrata powinien być relatywistą, który w swoim działaniu kieruje się zasadą, że wszystko jest względne i tylko taka polityka może uzyskać szerokie poparcie społeczne.
Wyrugowanie z życia publicznego odniesienia do obiektywnej prawdy jest główną przyczyną okaleczenia współczesnej demokracji liberalnej. Już w XVI w. zaczyna się obserwować symptomy tego zjawiska, dziś określanego mianem modernizmu politycznego, rozumianego jako uprawianie takiej technologii władzy, której jedynym kryterium jest jej skuteczność. Tym sposobem zasady etyczne zostały zawieszone, gdyż cel uświęca środki, a makiawelizm, niekiedy określany mianem pragmatyzmu, stał się synonimem świadomego i cynicznego realizowania polityki interesu władzy. W konsekwencji takiej postawy polityka, czyli domena służebna wobec człowieka, wyzwala się z jakichkolwiek zobowiązań moralnych, bierze w nawias prawdę i separuje się od wiążących ją wartości. Tymczasem rządzenie - czy ktoś chce, czy nie chce - i tak jest ściśle związane z refleksją moralną. Każdy człowiek, w tym również polityk, podejmuje przecież decyzje, które są dobre albo złe i jako takie mają wymiar moralny.
Obecne spory w Polsce oraz dialektyka uprawiana przez partie podkreślające swoją "prawicowość" znane są od lat w innych krajach. Rocco Buttiglione w swej znakomitej książce "Chrześcijanie a demokracja", opisując włoską scenę polityczną, jasno przestrzegał: "Na protesty biskupów politycy chadeccy mieli zawszę tę samą odpowiedź. Aby uchwalić dobrą ustawę zakazującą aborcji, broniącą rodziny, popierającą wolne szkolnictwo itp., trzeba mieć w parlamencie absolutną większość, którą Chrześcijańska Demokracja nie dysponuje. Katolicy muszą zatem w odniesieniu do tych kwestii poddać się i zgodzić na pozostanie w mniejszości". Ten mechanizm przypomina swoisty szantaż i straszenie: jeśli "nie my", to będą rządziły partie "laickie", które w kwestiach zasadniczych są zdecydowanie wrogie katolicyzmowi. Lecz w ten sposób obojętnie, kto rządzi, a sprawy zasadnicze i tak zmierzają w podobnym kierunku. W Europie są uprawiane prenatalne ludobójstwo i eutanazja, homoseksualiści uzyskują prawa do adopcji dzieci, a naturalne rodziny są dyskryminowane.
Współczesny włoski filozof i praktyk polityki - pozbawiony przez "obóz postępu i demokracji" funkcji komisarza w Unii Europejskiej za wierność zbudowanej na fundamencie chrześcijaństwa tradycji kultury europejskiej - miał okazję poznać od środka meandry współczesnej polityki. Od wewnątrz obserwował rozkład włoskiej Chrześcijańskiej Demokracji poddanej relatywizmowi moralnemu, a jego apel ma charakter uniwersalny: "Aby ratować nasze demokracje, musimy je związać z wartościami obiektywnymi. Jeśli dziś nie uda nam się tego dokonać, to po kryzysie komunizmu przyjdzie kryzys demokracji zachodnich - i to prawdopodobnie w niedługim czasie". Czyż ten kryzys nie ogarnął już Europy?

Brak strategii
Obecnie nasila się zjawisko rządzenia za pomocą fetyszu socjotechniki. Nie są formułowane strategiczne, długofalowe cele, a prowadzone są jedynie działania taktyczne w kierunku utrzymania rządów przez najbliższą kadencję. Unika się natomiast tematów ważnych, przed którymi władze nie uciekną, takich jak choćby zapaść demograficzna Polski. Jeśli teraz nie podejmuje się decyzji ważnych i przyszłościowych, to oznacza, że ludzie odpowiedzialni za wspólne dobro godzą się na to, iż w najbliższych latach nastąpi załamanie systemu emerytalnego i systemu zdrowotnego, a w perspektywie 5-10 lat w Polsce będą miliony imigrantów z innych krajów, a może nawet kontynentów. Wówczas będziemy się musieli zmierzyć z problemami, które przeżywają dziś stare kraje Unii Europejskiej, płacąc w ten sposób za wieloletnie zaniedbania w tej dziedzinie.
Z demografią wiąże się także inna ważna sprawa - liberalizacja rynków: m.in. finansowych i pracy. Wszystkie bogate kraje otwierają swoje rynki w tych dziedzinach, w których nie czują się zagrożone. Jednak chronią te obszary, które są słabsze. U nas jest odwrotnie. Kolejny problem to pakiet spraw związanych z globalizacją, a także bezpieczeństwem energetycznym czy ochroną środowiska. W tym ostatnim obszarze chodzi przede wszystkim o narzucany odgórnie przez UE limit emisji dwutlenku węgla. Ogranicza on nie tylko potencjał naszej gospodarki, ale również zdolności do jej modernizacji. Podobną rolę odgrywa narzucony poziom zapewnienia udziału energii odnawialnej w bilansie energetycznym kraju. Pod wpływem m.in. Niemiec ustalono, że musi to być 20 procent do 2020 roku. Tymczasem przy obecnym poziomie rozwoju Polska nie będzie w stanie wypełnić tego wymogu, więc będziemy musieli kupować droższą energię odnawialną z Niemiec czy innych krajów, co odbije się na cenach energii u nas i ograniczy zdolność rozwoju.
Obecna polityka sprowadza się przede wszystkim do gier personalnych i kłótni o to, kto przeciw komu złożył wniosek i o co. Efekt jest taki, że nie ma poważnych debat, z udziałem ekspertów, na te ważne tematy w sytuacji, gdy decyduje się, czy Polska, w ramach procesu globalizacji, który determinuje życie każdego z nas, znajdzie się w gronie państw umiejących zadbać o swój interes, czy zostanie zepchnięta do roli podwykonawców, także na płaszczyźnie politycznej.
To są te kluczowe pytania, na które teraz elity polityczne powinny dawać odpowiedź, zamiast "okładać się" oświadczeniami. Jedyną szansą polskiej gospodarki jest innowacyjność, a nie ślepe kopiowanie zachodnich wzorców. Trzeba też pamiętać, że możemy korzystać z tzw. renty opóźnienia. Chodzi o to, iż obserwując skutki wielu decyzji podjętych na Zachodzie w przeszłości, które - co dziś widzimy - okazały się błędne, mamy okazję skorzystać z tych doświadczeń i uniknąć wielu problemów, zamiast je bezmyślnie kopiować. Wtedy bowiem jeszcze trudniej będzie nam odrobić zaległości rozwojowe wobec tych państw.
Realizacja ambitnej perspektywy przyszłości Polski wymaga przygotowania strategii długookresowej, która składa się z czterech zasadniczych elementów. Po pierwsze, trzeba opracować diagnozę sytuacji uwzględniającą najważniejsze obszary funkcjonowania państwa polskiego. A więc aspekt polityczny, społeczny, gospodarczy, kulturowy, a to wszystko w odniesieniu do sytuacji wewnętrznej i zewnętrznej, uwarunkowań międzynarodowych. Po drugie, potrzebna jest wizja: jakiej Polski chcemy, jak powinien wyglądać model modernizacji, jakie są ścieżki rozwoju. Po trzecie, potrzebne są strategie dojścia do założonej wizji. I wreszcie, po czwarte, potrzebne są scenariusze uwzględniające słabe i silne czynniki mające wpływ na sytuację, oraz szanse i zagrożenia. Specjaliści podkreślają, iż potrzebna jest strategia w horyzoncie kilkudziesięcioletnim, przynajmniej do 2050 roku.
Problemami kluczowymi wymagającymi szczególnej troski są już wspomniane: Unia Europejska, polityka społeczna, model społeczno-gospodarczy, demografia, migracje, liberalizacja rynków i globalizacja, modernizacja państwa, ochrona środowiska, nadrabianie zaległości cywilizacyjnych i tworzenie nowoczesnej infrastruktury, polityka energetyczna, polityka bezpieczeństwa. Problemy Polski są w jakimś sensie pochodną problemów europejskich. Warto zauważyć, że w Unii Europejskiej jest bardzo wyraźnie dostrzegana potrzeba wypracowania wizji przyszłości Europy do 2050 roku. Z inicjatywy Francji przywódcy państw unijnych powołali na szczycie w Brukseli w grudniu 2007 r. 9-osobową "grupę refleksji" ("radę mędrców") w sprawie przyszłości Unii Europejskiej. W Polsce, niestety, elity polityczne raczej nie odwołują się do zorganizowanego zaplecza eksperckiego. Kierownictwo państwa nie wykorzystuje wiedzy i doświadczenia specjalistów, nie korzysta z think tanków (z ang., dosłownie "zbiornik myśli"), czyli obdarzonych autorytetem ośrodków zajmujących się badaniami i analizami dotyczącymi spraw publicznych. Obowiązuje model, że polityk "zna się na wszystkim" i wypowiada się na każdy temat.
Nie dziwi zatem, że cieszące się według badań demoskopijnych łącznym poparciem Polaków dwie największe partie: Platforma Obywatelska (która według socjologów reprezentuje "zadowolonych" z kierunku przemian po 1989 r.) i Prawo i Sprawiedliwość (reprezentujące "niezadowolonych"), wydają się nie posiadać wizji przyszłości Polski i programu jej realizacji. Wypowiedzi przedstawicieli obu ugrupowań zazwyczaj ograniczają się do zbioru haseł, pobożnych życzeń, a niekiedy komunałów i "oczywistych oczywistości". Pomimo obfitego finansowania partii politycznych z budżetu państwa, a więc z kieszeni podatnika, opinia publiczna nie poznała wizji Polski do 2050 r. obu partii. Pieniądze są wydawane na działania socjotechniczne i kampanie wyborcze, a nie na tworzenie poważnych ośrodków eksperckich, które stanowiłyby merytoryczne zaplecze niezbędne w dzisiejszym świecie do rozwiązywania praktycznych problemów rządzenia.

Partiokracja
Obserwując życie publiczne w Polsce, trudno nie odnieść wrażenia, że następuje społeczne zmęczenie polityką. Coraz mniej osób deklaruje zainteresowanie udziałem w wyborach, nasila się atmosfera obojętności, zwątpienia i zawiedzenia. Trudno się dziwić, bo doświadczenia ostatnich kilkunastu lat mogą frustrować i zniechęcać. Przyczyn tego stanu jest wiele, zapewne istotny w tym udział ma również obowiązujący u nas model życia politycznego, w którym partie - na mocy Konstytucji opracowanej pod kierunkiem Aleksandra Kwaśniewskiego - są podstawowym podmiotem życia politycznego. Praktyka życia politycznego nadała partiom ogromne prerogatywy i możliwość zawłaszczania rzeczywistości publicznej, co zostało dodatkowo wzmocnione przez sposób finansowania partii politycznych z budżetu państwa oraz obowiązujące ordynacje wyborcze do parlamentu i samorządów.
Obecny system finansowania partii politycznych - wbrew temu, czym szczyci się jeden z jego współtwórców Ludwik Dorn - tak naprawdę sprzyja patologizacji życia publicznego i korupcji politycznej. Zamiast leczyć dolegliwości, proponuje lekarstwo gorsze od choroby. Co prawda w życiu politycznym poza partiami teoretycznie mogą też uczestniczyć grupy obywateli, ale są one bezsilne wobec dotowanych dziesiątkami milionów złotych z budżetu państwa struktur partyjnych, które potrafią się doskonale zorganizować, by "wyciąć" wszelką, nawet potencjalną konkurencję.
System rekomendacji partyjnych i "podział łupów" po każdych wyborach do parlamentu i samorządów powoduje, że zamiast kryteriów merytorycznych przy obsadzaniu stanowisk w administracji państwowej i obszarze gospodarczym pojawiają się kryteria subiektywne. Rodzi się klasyczny klientyzm, czyli popieranie i protegowanie przez osoby wpływowe tych, którzy świadczą na ich rzecz usługi, nepotyzm, a więc faworyzowanie "swoich" (np. własnej rodziny) przy obsadzaniu stanowisk, przekupstwo. Bo X jest człowiekiem Y, a jak jemu załatwię posadę, to Y mi się "odwdzięczy". Jeżeli radny Z o coś się bardzo dopomina albo nie chce nas poprzeć w ważnym głosowaniu, to damy jego żonie pracę i będzie siedział cicho. W skrajnych przypadkach budowany na takich podstawach system polityczny może prowadzić do mafizacji polityki i niejasnych powiązań świata biznesu z kręgami politycznymi. Bo przecież funkcjonariusze partyjni decydują, kto realizuje zamówienia państwowe i co z tego będzie miała partia.
Przypatrzmy się tej mniej znanej, aczkolwiek intuicyjnie wyczuwanej przez opinię publiczną stronie medalu. Tak naprawdę wybory w Polsce odbywają się miesiąc przed wyborami. Wynika to z faktu, że to anonimowe dla społeczeństwa gremia partyjne układają listy wyborcze według swoich kryteriów, często eliminując lub spychając na "miejsca niebiorące" na liście - bo są na przykład niewygodni - ludzi wartościowych, którzy mogliby wiele zrobić dla pomnażania dobra wspólnego. Działacze z aparatu, znając stopień poparcia dla danej partii, mogą z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa określić: kto wejdzie do organu, do którego odbywają się wybory, a kto nie, i tak naprawdę pozwalają jedynie elektoratowi potwierdzić rozstrzygnięte przez nich już wcześniej wybory.
Partie mogą też stanowić bardzo wygodny instrument do zarabiania z podatków nas wszystkich wcale niemałych pieniędzy. Wyobraźmy sobie - dla przykładu - ugrupowanie, które przyjmuje bardzo godną nazwę i odwołuje się do szczytnych ideałów. Wykorzystując instrumentalnie media cieszące się społeczną wiarygodnością, bo czytelnie odwołują się do dobra wspólnego, uzyskuje poparcie powyżej 5 procent wyborców. Ten wynik oznacza, dajmy na to, kilkudziesięcioosobowy klub parlamentarny i ogromne pieniądze z budżetu państwa. Partia uzyskuje bowiem coroczną subwencję w wysokości wielu milionów złotych oraz jednorazowy zwrot kosztów kampanii w maksymalnej wysokości 12 milionów złotych. Ponadto są wypłacane co miesiąc dodatkowe środki z Kancelarii Sejmu na działalność klubu parlamentarnego - czyli kolejne miliony złotych w skali kadencji. Jak to wszystko policzymy, to łącznie partia dostaje kilkanaście milionów złotych rocznie, które w zasadzie może wydawać w sposób dowolny.
Załóżmy, że niektórzy liderzy tej partii i jej członkowie służbę publiczną traktują jako załatwianie swoich własnych interesów, a partię jak prywatny folwark. Posługują się cynizmem, krętactwem, kłamstwem, arogancją, wekslami, instrumentalizacją ludzi; nie stronią od działań zmierzających do niszczenia mediów, dzięki którym uzyskali kredyt zaufania i poparcie społeczne. Te działania budzą zgorszenie i dezaprobatę, ale co z tego. Odpowiedzialni za ten stan rzeczy za pomocą milionów złotych uzyskanych z pieniędzy podatników zwiększają możliwości swego działania, mając przy tym usta pełne frazesów. Jeśli działacze partii mają kaprys i chcą pojechać samochodem służbowym na piwo i pizzę z Warszawy do Krakowa, to mogą to robić bez problemów, byleby mieli fakturę na paliwo. Jeśli chcą mieć żywą gotówkę na dowolne cele, to wystarczy u kogoś zamówić ekspertyzę porównawczą systemu wyborczego w Austrii i Niemczech za kilkadziesiąt tysięcy złotych. Autor przepisuje tekst z encyklopedii, wystawia rachunek i dostaje na rękę 10 proc. uzgodnionej kwoty, a reszta stanowi już "czysty" pieniądz.
W poprzedniej kadencji Sejmu w mediach pojawiły się sugestie, że osoby obejmujące różne stanowiska i funkcje w państwie z rekomendacji partii Andrzeja Leppera miały oddawać Związkowi Zawodowemu Rolnictwa Samoobrona od 5 do 7 procent pensji. Wicepremier Lepper fakt płacenia wysokich składek potwierdził, ale sprawę nazwał prowokacją medialną. Również gremia statutowe Platformy Obywatelskiej zalecały, żeby osoby pracujące w administracji publicznej z rekomendacji PO płaciły na tę partię. W uchwale zarządu regionu mazowieckiego Platformy Obywatelskiej z 20 lutego 2007 r. zapisano: "Osoby sprawujące funkcje publiczne z rekomendacji Platformy Obywatelskiej, w tym osoby niebędące członkami PO, zobowiązane są do comiesięcznych darowizn na rzecz partii".
Tego rodzaju praktyki w przeszłości dotyczyły - a być może nadal dotyczą - także innych środowisk politycznych. Pytanie kluczowe brzmi: czy "darowizny" są faktycznie dobrowolne, czy też na dobre zakorzenia się w Polsce rodzaj korupcji partyjnej polegającej na "odwdzięczaniu się" za "przysługę" załatwienia posady bądź funkcji, z którą wiążą się wymierne wpływy? Partie i pieniądze to temat delikatny. W naszym kraju teoretycznie mamy prawnie uregulowany sposób finansowania działalności politycznej. Stronnictwa, które w wyborach parlamentarnych przekroczą 3 procent poparcia, są utrzymywane z podatków obywateli, gdyż uzyskują dotację z budżetu państwa i zwrot kosztów kampanii wyborczej. Partie utrzymują się także ze składek członkowskich i darowizn. Lecz jak to w życiu bywa, między teorią a praktyką pojawia się rozdźwięk. Wcale nierzadko zatrudnia się aparat partyjny w gabinetach politycznych i biurach poselskich, które teoretycznie mają obsługiwać obywateli, a bywają komórkami organizacyjnymi partii politycznych. Aparat partyjny jest premiowany na listach wyborczych w samorządach zgodnie z zasadą, że człowiekowi wiernemu kierownictwu trzeba dać dobre miejsce na liście, by zdobył mandat i "sobie dorobił", a resztą się podzielił z partią.
Polityka, pieniądze i wpływy to nie tylko polski problem. Ustawiane przetargi, za które jest "odpalana działka", "prowizje" za intratne kontrakty, zagraniczne konta czy zapewnianie funduszy wyborczych w zamian za przyrzeczenie korzystnych rozwiązań legislacyjnych to klasyka znana z prasy zagranicznej. We Włoszech - do czasu podjęcia radykalnych działań antykorupcyjnych - uważano, że granica między sferą polityki a mafią jest wyjątkowo cienka. Sekretarz generalny NATO i były wicepremier Belgii Willy Claes musiał w 1994 r. ustąpić po tym, jak udowodniono mu aferę korupcyjną polegającą na dofinansowaniu przez firmy zbrojeniowe jego partii flamandzkich socjalistów w zamian za kontrakty na dozbrojenie belgijskiej armii. W ubiegłym roku szef Banku Światowego Paul Wolfowitz podał się do dymisji po tym, jak się okazało, że przyznał awans i podwyżkę swojej kochance.

Złapał Kozak Tatarzyna
Sprzyjający patologiom system polityczny w Polsce wymaga działań naprawczych. Tylko czy w Polsce jest faktyczna wola zmian? Bo przecież obecny system jest wygodny dla kierownictw partii, które dzięki niemu uzyskują praktycznie niekontrolowaną władzę i to w sztafażu demokracji. Wiadomo nie od dzisiaj, że w mętnej wodzie najlepiej łowi się ryby.
Co prawda, co jakiś czas w mediach przez przedstawicieli rządzącej Platformy Obywatelskiej jest rzucane hasło zmiany Konstytucji. Pojawiają się postulaty: Senat do likwidacji, immunitet poselski okrojony, posłowie - wybierani w okręgach jednomandatowych; uporządkowanie władzy wykonawczej i konsekwentne wprowadzenie modelu prezydenckiego bądź kanclerskiego, by raz na zawsze było jasne, kto rządzi: prezydent czy premier. PiS pomysły PO nazywa tematem zastępczym. Politycy Prawa i Sprawiedliwości twierdzą, że są to działania socjotechniczne obliczone na odwrócenie uwagi od nieradzenia sobie z bieżącym rządzeniem. Z kolei PSL ustami Janusza Piechocińskiego słusznie diagnozuje, iż politycy Platformy, ogłaszając swoje pomysły, zwracają się raczej do opinii publicznej niż do innych partii. Bo głosy w Sejmie są policzone, a do zmiany Konstytucji trzeba dwóch trzecich głosów; nie będzie ich bez poparcia PiS. "Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma"...
Słuszne są głosy pochodzące od tych, którzy podkreślają, że obecny system przyznaje aparatom partyjnym całość władzy. Rozwija się kosztem otwartości i jakości debaty publicznej. Powoduje negatywną selekcję, bo premiuje ludzi absolutnie dyspozycyjnych. Zmian wymaga niewątpliwie sposób kreowania elit politycznych i faktyczna dostępność obywateli, chcących aktywnie uczestniczyć w życiu publicznym, do funkcji wybieralnych. W warunkach obecnej, proporcjonalnej ordynacji wyborczej, nikły jest wpływ wyborców, a zbyt duży kierownictw partyjnych na to, kto konkretnie znajdzie się w Sejmie. Przecież w ławach poselskich zasiadają posłowie, którzy uzyskali ledwie dwa tysiące głosów, a ludzie mający wielokrotnie wyższe poparcie społeczne są poza Sejmem.
Konieczna jest zmiana sposobu finansowania partii politycznych. Wystarczy, aby każdy obywatel płacący podatek PIT obok możliwości przekazania 1 procentu swego podatku na organizację pożytku publicznego, drugi procent mógł przekazać na wybraną przez siebie partię polityczną. Wtedy znane byłoby rzeczywiste poparcie społeczne dla partii politycznych, jaśniejsze byłyby ich finanse i partie musiałyby się bardziej liczyć z wyborcami, bo to od nich realnie zależałby ich byt.
W końcu to partie są dla wyborców, a nie wyborcy dla partii politycznych.

Podziel się
oceń
0
0


wtorek, 2 września 2014

Licznik odwiedzin:  466 030  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

O moim bloogu

Zawiera opisy najciekawszych wydarzeń politycznych. Artykuły dotyczą wydarzeń z kraju i ze świata.Wykorzystuje w niej informacje z polskich portali informacyjnych: TVN24, Nasz Dziennik, Rzeczpospolita...

więcej...

Zawiera opisy najciekawszych wydarzeń politycznych. Artykuły dotyczą wydarzeń z kraju i ze świata.Wykorzystuje w niej informacje z polskich portali informacyjnych: TVN24, Nasz Dziennik, Rzeczpospolita, Dziennik Polska the Times.

schowaj...

O mnie

Andrzej: zapraszam do czytania i komentowania najnowszych informacji politycznych z kraju i ze świata.

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl